Pomówmy o kilku aspektach zmiany, które być może czujemy pod skórą, a mówi się o nich rzadko, pomijając historie o tym, że jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana (bo nieprawda) i że zmiany są nieuchronne (też nieprawda) i że zmiana to postęp (jak wyżej). Zmian w pewnym sensie nie ma tak wiele, jak myślimy. Coś tam się zmienia, owszem. Ale w kuchni raczej niewiele zmian pojawiło się od lat 60. Przybyła kuchenka mikrofalowa, ale reszta jest jak była. O autonomicznych samochodach po raz pierwszy powiedziano pod koniec lat 70 ubiegłego wieku. Ciągle nie królują na drogach. Rewolucja w technologii, to zwykle ponad 30 lat i choć zalewa się nas co dzień ciekawostkami, przyjdzie jeszcze na wszystko poczekać.



Zmiana zasadna

Zmiana nie zawsze jest zasadna. Wiele zmian, to zmiany fikcyjne. Nic więc dziwnego, że zmiany generują w nas odruch wymiotny. Jest ich po prostu zbyt wiele i w wielu przypadkach gołym okiem widać, że są zbędne. Zamiast pracować głęboko nad tym jak wykorzystać to, co już mamy, jak doskonalić się w posiadanych narzędziach, często poleca się nam porzucać wszystko co w naszej kopalni urobiliśmy w kierunku północnym, by wydać rozkaz do kopania na południe. Bo tak. Owszem, świat się zmienia, ale co już udowodniliśmy – nie tak bardzo. Jeśli pozbieramy wszystkie zmiany na świecie będzie ich pewnie sporo, ale, jak twierdzą marketingowcy większość, to nowe nazwy na stare produkty, a po wtóre nie ma jednego rynku marketingowego, jest wiele małych ryneczków, na których producenci walczą o klientów swoich wyrobów i tam wmawiają im, że filtr do akwarium model C7200a jest o wiele lepszy od C7200, choć różni się tylko tym, że ma inną barwę (ale to podobno zmniejsza zapaskudzenie glonami o 5%).


Poprawka na poprawę

Z drugiej strony jesteśmy ewidentnie gatunkiem, który uwielbia poprawiać i gdyby nie nasza euforia na myśl, że oto „biel będzie jeszcze bielsza”, gdyż wystarczałaby nam dotychczasowa biel bieli, marketingowcy nie celowaliby w ten nasz słaby punkt. Pozostawione na miliony lat szympansy dalej grzebią patykami w mrowiskach. My zaś od razu mamy pomysł jak ulepszyć patyk, że mrowiska można nosić za sobą, czy zanieść do domu. Negocjować z mrówkami. My od razu, że ogień, że koło. Że dwa koła. Dwa koła i osiołek. Cztery koła i osiołek. I dwa osiołki. Dwa razy po cztery koła. Że ogień i koło, czyli lokomotywa. I masa kół za nią… Poprawianie leży w naszej krnąbrnej naturze. I choć, kiedy zaczynamy się na czymś znać, zaraz mamy pomysł jak zoptymalizować użytkowanie tegoż, to jasnym jest, że nie wszystko nas obchodzi. Owszem, czasem zmiana jest mała, a robi różnicę. Opada nam ręka przy maszynie, a w nowym modelu jest podkładka pod nadgarstek. Niby mało, ale Mistrz wie, że zmienia wiele. To inna sprawa. Najczęściej nie potrzebujemy jednak nowego monitora tylko dlatego, że obraz na nim wyświetli się o pół ćwierci sekundy szybciej, bo zwykły użytkownik nie zauważy takiej różnicy (poza różnicą w cenie). Taka zmiana nam się nie zwróci, a ubytek oszczędności odbierze poczucie bezpieczeństwa, póki się nie odkujemy.


Płodozmian

Wiemy już zatem, że większość zmian na świecie intuicyjnie chcemy puścić mimo uszu i słusznie. Druga sprawa jest taka, że zmiany zmianami, ale człowiek potrzebuje wielu stałych w życiu, by mieć się od czego odbić. Sytuacja, w której codziennie się zmieniam, byłaby nie do zniesienia. Codziennie zastanawianie się nad wszystkim od początku uniemożliwiałoby nam relaks, prowadzenie związków i życie. Zmiana nie jest jedyną stałą w życiu. O wiele warto w życiu walczyć, by były pewne stałe. Wartości na przykład. Jeśli zły jestem na kogoś (załóżmy w rodzinie), a przypomnę sobie, że dla mnie rodzina jest najważniejsza, to próbuję wziąć wdech. Nie ze względu na sytuację, a na szerszy jej kontekst. Kontekst tego, co wyznaję. Że – na przykład – uważam nieagresywne rozwiązania za najlepsze. Dobry to nawyk. I najlepiej, jeśli stały.

Gdybym także ciągle się zmieniał, nie dałoby się ze mną niczego załatwić. Zakochałbym się, a potem odkochał.

– Wiesz, to było wczoraj – powiedziałbym tonem kinowego amanta. – Dziś jestem zupełnie kim innym.

Nie jest to zresztą, o czym Państwo pewnie już wiedzą, sentencja tak rzadko spotykana.


Niezmienna stałość

Niestety: wiarygodność, słowność, zaufanie, miłość, przyjaźń, rodzina, projekty biznesowe – wszystko to buduje się bardziej na stałości (zobowiązaniu, umowie), niż na zmianie i poczuciu, że jak mi się tylko odechce, to mogę się zaraz wypisać. Buduje się na poczuciu bezpieczeństwa, ogólnych zasadach („wszyscy się staramy”, „wkładamy wysiłek”, „nasz zespół podejmuje wyzwania”, „robimy projekty trudne”, „nasza rodzina codziennie je przynajmniej jeden posiłek razem”), nie na tym, że codziennie zastanawiamy się kim jesteśmy i pod sztandarem zmiany redefiniujemy życie. Potrzebujemy stałego miejsca, jak dom, w którym możemy się skulić i zregenerować, nie czesząc przez cały dzień. Żeby wyskoczyć w zmianę, najważniejsze, by mieć się od czego odbić. Zawalanie się Niagarą zmian powoduje, że czujemy się jak wyrzuceni w burzy z samolotu i to bez spadochronu. Lęk nami miota i paraliżuje. Czekamy na coś stałego, jednocześnie się tego bojąc, bo miękkiego lądowania nie ma się co spodziewać. Stąd, w stanach lękowych szukamy tego, co niezmienne: tyle się wokół dzieje, ale proszę, mam gdzie siedzieć i na czym. Proszę, to mój ulubiony kubek z wiewiórką, zaraz zrobię herbatę, pomyślę. Coś się wymyśli. Fotel mam. Żyję. Oddycham. Dom stoi. To wiele, jak na standardy światowe. Coś się udzierga już z tego, tylko się uspokoję chwilę. Gdybym postanowił, że oto od dziś „surfuję na fali zmian, a nie będę więcej falochronem”, mógłbym nawet nie napisać tego tekstu. Powiedziałbym, że się zmieniłem i wyjechać, dziękując za zrozumienie. Gdyż „serce powiedziało mi, że powinienem jednak przyszarżować biznesowo w bieszczadzkie pieczarki”. Podobnie chirurg podczas operowania nas, mógłby nagle rzucić wszystko i wyjść, twierdząc, że właśnie zrozumiał, iż nigdy nie chciał być chirurgiem i idzie po skrzypce, zanim mu sklep zamkną.


30 dni za darmo

Mamy więc drugą sprawę. Żeby zmianę przyjąć, oprócz tego, że zastanawiamy się czy ona w ogóle dla nas i czy coś zmieni, trzeba usilnie pracować i pilnować tego co stałe, jako bazy, w której uzupełniamy paliwo. Swoją drogą nie trzeba w zmianę od razu nurkować. Można zasięgnąć języka. Można, co zwłaszcza wydaje się dobrym pomysłem, wejść w wersję demonstracyjną. Zamiast kupować najlepszy sprzęt – wypożyczyć go na miesiąc i zobaczyć czy nam w głowie pyknie. Piszemy o miesiącu, bo używanie narzędzia codziennie przez 30 minut po miesiącu doprowadzi do tego, że „leży nam ono w ręku” i możemy ocenić, czy brniemy w to, czy jednak zbędne. Chcemy grać w tenisa? Ktoś na pewno pożyczy rakietę na jakiś czas. Chcemy zmienić aplikację do pracy w komputerze? Są wersje tymczasowe. Nauczyć się, podrapać w głowę i kupić pełną, albo stwierdzić, że nie ma tu jednej ważnej funkcji, którą lubimy w starym jednak, bo używamy jej co chwila i: „Może to i nowy program, ale starszy dla mnie wygodniejszy”. Sprawdziłem i wiem. Miesiąc to niewiele. Bo w zmianie nie chodzi o to, żeby coś zmieniać. Zmiana nie jest wartością sama w sobie. Inna kwestia jest ważna i powiemy sobie o niej na końcu. Ale na razie trzecia interesująca sprawa.


Cyniczny przyjaciel o wielkim sercu

Co nas w zmianie blokuje. Tu pewnie znowu miliard przykładów, ale zwróćmy uwagę na jeden. Wiąże się on ze znaną kwestią: badacze od dawna mnożą teorie, które odpowiedzieć mają na pytanie, dlaczego nie uczymy się sprawnie na błędach? Skoro mamy jakieś założenia i one się nie sprawdzają, wypadałoby przeanalizować co się stało i poprawić. Okazuje się, że blokować może zbytnia wobec siebie surowość! I brak autożyczliwości.

Autożyczliwość, to nie głaskanie się po głowie. To raczej pilnowanie, by nie myśleć, iż to „ja jestem błędem”, ale raczej, że „zachowanie było nieadekwatne i co mogę zmienić”. Owszem, pokutuje pogląd, że surowe wobec siebie osoby dalej dochodzą (bo szybciej się uczą), jak pokazują badania jednak nie jest to prawdą. To osoby, które potrafią sobie wybaczać błędy, szybciej się podnoszą do autorefleksji. Naiwnie jest bowiem zakładać, że jeśli ktoś wciąż słyszy w głowie zdanie: „jesteś do niczego”, będzie bardziej próbował. Lepiej mieć w głowie przyjaciela, cynicznego, surowego, ale jednak o wielkim sercu.


Gaszenie pożarów

Jak ten mechanizm działa? Otóż w przypadku zmiany, osoby nieżyczliwe wobec siebie samych panicznie boją się błędów, ponieważ błędy wywołują w nich skrajny wstyd, złość i smutek. Co się wtedy dzieje? Organizm rezygnuje z procesu uczenia się, na rzecz usunięcia toksyn z organizmu, czyli… ratowania samopoczucia. Aktywizują się mechanizmy takie jak:

— No nikt nie mógł wiedzieć.

— To nie moja wina.

— Nic nie dało się zrobić.

— Nikt by sobie nie poradził.

I, kiedy emocje opadają, nieprzyjemne doświadczenie zaczyna się z rosnącą ulgą w naszej pamięci zacierać, bo umysł nie chce wracać do traumatycznej przykrości. Koniec doświadczenia. Osoby, które są wobec siebie samych nieżyczliwe uczą się wolniej, bo niechętnie zaglądają tam, gdzie można popełnić błąd (który wiele je emocjonalnie kosztuje), a po drugie zamiast się zastanawiać co zmienić, gaszą pożar galopującej depresji, bo „skoro tu narysowałem krzywo, to niechybnie jestem kupą jesiotra”.


Autożyczliwość

Pierwszym sposobem na pracę nad sobą byłaby więc praca nad autożyczliwością: nie jestem błędem, czasem moje działania takie są. Nie jestem doskonały, ale doskonale sobie z tym radzę. Docelowo nie przejmowanie się zbytnio, żeby nie „odpalać sobie w głowie” strażaków od poprawy samopoczucia, a raczej życzliwe babunie z kubkiem kakao i poradą. Dodatkowo wspomnijmy, że niektóre osoby panicznie reagują na własne wpadki: kłamią, denerwują się, maskują, płaczą, szukają wymówek. Takie mają podejście, typ osobowości, czy strukturę myślenia. Warto więc wiedzieć, że niestety czasami to nasza wina, ale odważnie przeprosić, powiedzieć sobie, że nie jesteśmy doskonali, ale uczciwie się staramy, być życzliwymi w stosunku do siebie. A kiedy świat nas już w ogóle nie słucha: chwilę odpocząć i dystans złapać. W ten sposób po raz kolejny okazuje się, że autożyczliwość się przydaje, bo pomaga nam się uczyć, nie odwracając uwagi od przykrych doświadczeń.


Po co w ogóle się zmieniać?

Moglibyśmy cynicznie zauważyć, że „zmiana nie jest konieczna, bo przetrwanie nie jest obowiązkowe”. Zbytnie to jednak uogólnienie. Wiemy, że wiele zmian paradoksalnie wcale nam nie posłuży i raczej przeszkadza w przetrwaniu, niż pomaga. Niemniej mieliśmy na koniec powiedzieć co jest w zmianie ważnego. Ważne jest, żeby guma w życiu była napięta. Że człowiek szuka czegoś, ciekaw jest, rozwija się, uczy się czegoś nowego, nowe doświadczenia łapie (co jednak hamuje demencję lepiej, niż krzyżówki i sudoku), próbuje, interesuje się i wkłada wysiłek, zamiast coraz więcej zapominać i bunkrować się w robieniu tego samego i tak samo. Satysfakcję w życiu mamy z tego, o przyszło z trudem. W każdym wieku można się czegoś nowego nauczyć i dlatego, jeśli można podsumować, szukanie sobie zajęcia pod hasłem: „a teraz przez jakiś czas popracuję, by być lepszym w…” jest zdrową życiową drogą. Pół godziny przez miesiąc uczyni nas we wszystkim dobrego amatora, choć na początku wcale na to nie wygląda. Nie ma co jednak się nad tym specjalnie pochylać, a lepiej po prostu założyć, że będziemy wiosłowali przez miesiąc i – o ile nie mamy od tego wysypki na skórze – podnosili się po potknięciach. Czego więc by się tu lepiej naumieć? Internet pełen jest kursów dla początkujących i takich, co chcą sprawdzić jak to jest być zaawansowanymi. Bo jak mówili starożytni, nie ma większej i szlachetniejszej przyjemności w życiu, niż poczucie, że człowiek z nieudacznika robi się w czymś dobry.

 


Miłosz w czasach zarazy” – to cykl wpisów, których intencją jest oswajać to, co nieznane, zachęcać do gimnastyki intelektualnej, wywoływać uśmiech na twarzy, trenować uważność.