Odpowiedzialność jest w dużej mierze synonimem dorosłości. Kiedy się rodzimy, nie potrafimy nawet precyzyjnie odróżnić własnego ciała od ciała mamy i za nic nie jesteśmy odpowiedzialni. Rycząc z bólu brzuszka zakładamy być może nawet, że mama domyśli się o co chodzi, bo skoro nas boli brzuszek, to mamę przecież też. I niech z tym coś zrobi. Na marginesie dodajmy, że niektórzy z takiego podejścia do życia nie wyrastają, zamieniając mamę na różne osoby z okolicy.



Skrócone dzieciństwo

Poźniejszy etap, to etap dziecięcy, kiedy uczymy się odpowiadać za siebie. Powoli. Najpierw, że mama nie jest nami i trzeba jej powiedzieć co się dzieje. Potem, że czasem trzeba o własny brzuszek zadbać samemu. Ten akurat aspekt z grubsza już do końca życia się nie zmieni. W późniejszych etapach dochodzą kolejne obowiązki: zęby myj, trzecie nie wyrosną. Uczysz się dla siebie. Posprzątaj po sobie.

Historycznie jednak etap „dzieciństwa” był zawsze krótszy niż by się mogło wydawać. W wieku lat sześciu lub dwunastu (zależnie od strony świata i okresu) dzieci nagle musiały się stawać dorosłymi. Dorosłość nigdy nie była wyborem. Dorośli nakazywali wejście do swojego świata, ponieważ żadnej kultury nie stać było na trzymanie darmozjada, który do 40 roku życia będzie siedział na kanapie i tłumaczył rodzicom, że „nie ma jeszcze natchnienia na pracę zawodową, ani poważne relacje z otoczeniem, a tak przy okazji poprosi chałkę z masełkiem”. Nie jesteśmy więc, jak kopytne, których dzieci muszą stawać na nogi tuż po tym, jak się urodzą, ale i u nas dorosłym trzeba się było stać i to w bardzo konkretnym momencie. Iść do pracy, uczyć się i pracować. Wakacje wypadające w lipcu i sierpniu nie zostały ustalone dla odpoczynku, lecz, by pomóc na gospodarstwie. W co trudno nam dziś uwierzyć, ludzkość nie miała dzieci, żeby im było ciężej, ale by było więcej rąk do pomocy. Mały człowiek małe obowiązki, duży człowiek duże.


Nastoletnie rozterki

A co z nastolatkami? Tu ciekawostka. Sformułowanie „nastolatek” pojawiło się w historii po raz pierwszy dopiero w 1922 roku, a obejmować miało „dzieci, które poszły do pracy i dostawały własne pieniądze”. A skoro miały własne pieniądze, nie mając rodzin na utrzymaniu, trzeba było je traktować inaczej. Niemniej z punktu widzenia odpowiedzialności, nastolatki, to bardziej grupa dzieci niż dorosłych. A to czemu? Ponieważ po dziecięcym myśleniu (bez względu na wiek) spodziewamy się raczej podejścia do życia charakterystycznego dla najemników – dbam tylko o siebie. Od dorosłych, w historii świata wymagano raczej podejścia żołnierza – odpowiadam za innych. Tym różnił się od zawsze chłopiec od mężczyzny. Gdyby więc ktoś pochwalił się, że ma 45 lat, mieszka sam, zarabia krocie, ma drogie zabawki i… wszystkich w nosie, historycznie uznalibyśmy go za klasyczne dziecko, w „podgatunku” nastolatka (czyli zarabiające dziecko).


Cała wstecz

Z drugiej strony wszyscy miewamy momenty regresu do dziecięcości, kiedy nie chcemy już za nikogo i za nic odpowiadać. Na przykład, kiedy górę biorą emocje albo kiedy jesteśmy chorzy. Zwłaszcza w tym drugim przypadku, wraz ze wzrostem temperatury ciała, obserwujemy, jak coraz mniej obchodzą nas inni ludzie. Jest to bez wątpienia znak, że odpowiedzialność wymaga umiejętności oraz energii. Organizm przemęczony, przytłoczony proskami (proski to problemy plus troski*) zaczyna cofać się do skorupki niczym żółw i interesować tylko tym, co wewnątrz niej. Nie byłoby w braku odpowiedzialności niczego złego być może, gdyby nie fakt, że naiwnym jest zakładać, że jeśli każdy pomyśli tylko o sobie, doprowadzi to do wspólnego dobra. Oczywiście też, że by pomagać innym wypada zadbać o siebie. Nie sposób dać innym miłość nie kochając siebie, bo nie umiejąc wybaczać sobie, nie wybaczymy innym. To zaś dlatego, że nie myśląc życzliwie o własnej niedoskonałości, nie zaakceptujemy niedoskonałości świata. I nie doceniając własnego trudu, nie docenimy trudu niedoskonałych ludzi wokół, próbujących przetrwać w otoczeniu, którego nie da się przewidzieć.

*troska – po szwedzku “omtanke


Wędki, rybki, świnie i kury

Odpowiedzialność jest trudna także dlatego, że nie jest wyręczaniem. Poczucie własnej wartości to nasza akceptacja uznania naszej wartości przez innych ludzi. I można mieć różne poziomy poczucia własnej wartości na różnych płaszczyznach życia. Co to oznacza? Że przesadzając z odpowiedzialnością za innych (często odczuwamy to jako „poświęcanie się”), domagamy się od nich uznania i próbujemy budować poczucie własnej wartości, a jednocześnie nie dajemy im budować swojego (bo nikt tak dobrze dla nich nie zrobi jak my). Altruizm budowany na tym, że czegoś nam w dzieciństwie zabrakło i teraz chcemy sobie dobudować kosztem innych, skazuje nas zresztą na głód, który nie zostaje zaspokojony bez względu na to, ile inni nas nachwalą i jak bardzo się dla nich urobimy. Altruizm tego typu szkodzi obu stronom. Z poczucia obowiązku przypomnijmy, że poświęcenie od zaangażowania łatwo w życiu odróżnić przy pomocy modelu jajecznicy na boczku. Do tej potrawy bowiem świnia się poświęciła, a kura zaangażowała.


 

Odpowiedzialność to działanie

Podsumowując więc odpowiedzialność jest być może trudną nakładką na nasze dziecięce instynkty, która pozwala nam przetrwać i którą nie każdy może się pochwalić. Znamionuje osoby dojrzałe, także w biznesie. Odpowiedzialność nas ogranicza, bo nierzadko wybiega w przyszłość, a większość naszych codziennych zachowań kierowana jest zyskiem tu i teraz. Odpowiedzialność nas denerwuje. Jak obostrzenia prawne w czasach pandemii, czy pasy bezpieczeństwa wprowadzone niegdyś przez Volvo w akcie odwagi ze strony firmy („nikt mi nie będzie psuł koszuli, kiedy jadę sobie samochodem”), a dziś powszechnie stosowane. Wreszcie, co ważne, odpowiedzialność przejawia się nie w chęciach, a działaniach. I o tym właśnie w następnym odcinku cyklu, wkrótce.