Platon powiedział kiedyś (a na pewno zapisał): Jeśli założymy, że ciało to rydwan, emocje to konie, a rozum jest woźnicą, musimy pamiętać, że w sytuacji, kiedy to konie ciągną rydwan wbrew woli woźnicy, należy się spodziewać najgorszego”. Z lękiem mamy więc klops. Żyjemy w momencie historii promującym „psychologiczny protestantyzm”. Tak jak protestantyzm w religii zakłada (między innymi), że kontakt z Bogiem może się odbywać bezpośrednio, bez kościoła, świętych, rytuałów – po prostu, na „bezpośrednim łączu”, tak pozytywne myślenie zakłada, że nie potrzebujemy nikogo, by skontaktować się ze sobą i owo bezpośrednie łącze ze sobą zapewni nam całe szczęście w życiu. W przypadku zaś lęku: jeśli się czegoś boję, to pewnie trzeba się tym zająć, gdyż jest to moje, a więc ważne...


Lęk naiwny

No więc właśnie nie zawsze. Lęk jest emocją dość siermiężną i prymitywną. Pojawia się jako wykwit prostych skojarzeń, z których często nie zdajemy sobie sprawy, a bywają przestarzałe. I choć lubimy mnożyć przykłady, w których „przeczuwałem, że tak się stanie i proszę – intuicja dobrze mnie ostrzegała”, to o wiele więcej w naszym życiu pojawia się lęków, nie bójmy się powiedzieć, naiwnych. Weźmy choćby paniczny lęk przed wystąpieniami publicznymi. Owszem zdarza się nam czasem narobić sobie na scenie trzody, ale deklaracja niektórych ankietowanych, że woleliby umrzeć, niż wystąpić na scenie, jest wzięta z przesadzonego emocjonalnego rozdania. Poza tym przecież nic nas tak w życiu z innymi ludźmi nie łączy, jak porażki.


Lęk nieracjonalny

Jeszcze 200 lat temu opinia otoczenia była kluczowa dla przetrwania. Człowiek wykluczony z grupy mógł wręcz umrzeć z głodu. Walczono więc o dobre imię, honor, wyzywano się na pojedynki za zniesławienie. Dziś już opinia innych mało nas obchodzi, a jak kolega powie do naszego dziecka w klasie, że jest popromiennym mutantem, to najczęściej nie kupujemy pojedynkowych rewolwerów, a odpowiemy, żeby się nie przejmowało i tyle. Kiedyś, gdy koleżanka dała nam kosza, mieliśmy wstyd na wsi do końca życia, bo większość osób umierała tam, gdzie się rodziła. Dziś możemy każdej nocy odwiedzić kilka dyskotek i znaleźć swoją drugą połowę za każdym razem promując się w zupełnie innym towarzystwie. Podobnie niemała liczba nastolatków w statystykach twierdzi, że wolałaby zostać potrącona przez ciężarówkę, niż być otyła lub „brzydka”. Wiem, że wnikliwy Czytelnik zaraz zacznie szukać logicznych „ale” tego wyboru, ale od razu pozwolę sobie zastopować ów proces, gdyż odpowiedź w badaniu miała zostać udzielona szybko, więc żadnej refleksji tam nie było. Medycyna. Jeśli trafimy do lekarza, który mógłby nam przepisać lek, ale dekadę temu trafił mu się pacjent akurat na ten lek uczulony i reakcja jego organizmu była dramatyczna, lekarz prawdopodobnie nie przepisze nam najlepszego być może specyfiku. Ma awersję na samą myśl o nim i żadne statystyki, że taka reakcja alergiczna trafia się w promilu przypadków go nie przekonają.


Precz z rozumem

Jest taki dowcip o facecie trafiającym do terapeuty.

– Boję się latać samolotem. Boję się, że tam będzie bomba.
– Dobrze – analizuje terapeuta. – A jaka jest szansa, że będą dwie niezależne bomby
– Hmm… Bardzo malusieńka.
– A tego by się pan bał?
– Nie.
– No i widzi pan. Oto rozwiązanie. Musi pan zawsze mieć ze sobą swoją bombę.
Dowcip może i zabawny, ale my właśnie tacy dokładnie… nie jesteśmy. Statystyka niczego naszemu lękowi nie mówi. Jak zaczynamy się bać, odłącza nas to od racjonalności.

Spojrzeć na horyzont

Czas zarazy także nie powinien być czasem lęku. Powinien być czasem wysokiej ostrożności i rozwagi, a nie wysokiej paniki. Dobre decyzje podejmujemy w dobrym stanie i myśl, że spanikowane konie dowiozą nas w jakieś bezpieczne miejsce jest myślą bezzasadnie optymistyczną. Japończycy mówią: „Jeśli emocje wychodzą ponad kreskę, zawsze wciśnij pauzę. Co by to oznaczało? Kiedy czuję, że rumak mojego rydwanu „w oczach krwią zabłysnął”, w pierwszej kolejności nauczyć się szparko ów moment wyłapać. Podnieść wzrok od serwisów informacyjnych, ręce podnieść od mediów społecznościowych i talerzy, których marzenia o zostaniu latającymi talerzami zostałyby rozbite na najbliższej ścianie, nie komentować, nie wdawać się w dyskusję z pianą na ustach, flagę rodzinie wywiesić „nie mów do mnie teraz, gdyż korę mózgową mi odcina”. Uważać na agresję, bo agresja to maska lęku, który wychodzi do ludzi. Zadzwonić do kogoś, o kim wiemy, że uspokaja. Zbulwersować mu się, niech nas ostudzi innym spojrzeniem albo werbalnym przytulasem. Zjeść, herbaty się napić, w oknie na daleki horyzont spojrzeć, coś innego chwilę porobić. I jak ciśnienie spadnie, pomyśleć dopiero wtedy.


Na lęk kocyk

A w nocy jak najdzie? Klepnąć poduszkę obok, zrobić miejsce i zapytać: „A z czym to kochanieńki przychodzisz?”. Niech usiądzie, opowie, postęka, pojęczy, powiedzieć mu: „No tak, tak. Widzisz jakie to wszystko…”, pogłaskać i niech sobie siedzi albo pójdzie spać. Jak z maluchem: utulić, odkarmić, dać picia, odwrócić uwagę. Poczekać. Dopiero wtedy zobaczyć czy zasadny. Bo ten nasz lęk właśnie taki jest dziwny: im większy, tym mu bardziej kocyk, pielucha, śliniak i butelka ze smoczkiem potrzebna. I podobnie jak w przypadku dzieci, niezaopiekowany krnąbrnieje. Wystarczy rozejrzeć się po internecie, by sobie o tym przypomnieć. Powodzenia i do następnego razu.


Miłosz w czasach zarazy” – to cykl wpisów, których intencją jest oswajać to, co nieznane, zachęcać do gimnastyki intelektualnej, wywoływać uśmiech na twarzy, trenować uważność.