Kłopot ze świętami jest taki, że „święta, święta i… po świętach”. Dzieci cały rok czekają na dosłownie fragment wieczornego posiłku. Jak więc moglibyśmy psychologicznie spowodować, żeby były lepsze? I dłuższe? Czy jest tu nad czym pracować? Zmierzmy się.



Atmosfera świąteczna

Święta w naszej kulturze kojarzą się głównie z kolacją Wigilijną. To bardzo krótki okres. Poza tym nie wszystkim dobrze się kojarzy, bo tradycja nakazuje próbowanie wszystkiego, a niektórzy akurat pracują nad nawykami żywieniowymi. Wypada się także nasprzątać, namyć, nagotować, napiec i w międzyczasie naganiać po zakupy, czasem po kilka razy, bo się czegoś zapomni. Są takie gospodynie domowe, które twierdzą z przekąsem, że święta tradycyjne są po to, żeby zamęczyć organizatora i żeby padł on szczęśliwy myślą, iż wreszcie jest po. Cały rzecz jasna wysiłek, dedykowany miał być radosnym narodzinom, od których Boże Narodzenie wzięło swoją nazwę. Umówmy się jednak, że nie wzięła się znikąd przestroga: „Nie kłóćmy się w Wigilię. Kto się kłóci w Ten Dzień, będzie się kłócił cały rok”. Znać była taka potrzeba, żeby o tym przypominać, bo atmosfera wigilijna ma tendencję odcumowywania od brzegów spokoju. Zaprzęgnięcie otoczenia do pomocy, albo przynajmniej nieprzeszkadzania, to osobna sztuka. Na domowników spada wiele zadań, które ci mają szansę poćwiczyć tylko dwukrotnie w ciągu roku (bo jeszcze na Wielkanoc), trudno więc zakładać mistrzowski poziom wykonania. Ciągle coś się sypie, leje, kruszy, przypala, zapomina. Cierpliwość kompetentniejszych członków świątecznej, rodzinnej grupy uderzeniowej wystawiana jest na próbę. Dodatkowo wyposzczone żołądki ciągną swoich właścicieli i ich poślinione paluchy do wszystkiego, co może przynieść ulgę w cierpieniu i zawsze warto mieć przy sobie długą szmatę, żeby uratować duszyczkę przed nią samą, zanim zgrzeszy.



Przygotowania

Cóż, da się przeżyć. Można jednak lżej. Po pierwsze spokojniej. I tak nas przed samą metą dociśnie. Zakupy wcześniej i kto za co odpowiada. Mali ludzie w domu – małe obowiązki, duzi – duże. Każdy projekt da się znieść, jeśli wszyscy się starają. Co ciekawe – nie musi im wychodzić, ale sam widok, że się starają czyni wspólne cierpienie znośniejszym. Można obowiązki zapowiedzieć wcześniej, bo niektórzy muszą się mentalnie przygotować: odespać, odjeść albo na czas zmywania okien, odkurzania czy zakupów wybrać odpowiednią audioksiążkę do zabijania nudy. Angażujące słuchowisko pomaga znieść każdą kolejkę. Sporządzanie list obowiązków i zakupowych – bardzo w cenie. To zaś dlatego, że listy do odhaczania służą temu, by niczego nie zapomnieć. Ich celem nie jest kreatywność, ale bezpieczeństwo w realizacji kreatywności.

Warto także nastawić się na autowspółczucie. Autowspółczucie, to przekonanie, że jestem człowiekiem i czasem mi nie wychodzi, ale w razie co się podniosę i spróbuję najlepiej jak umiem, wyciągając wnioski. Wewnętrzny krytyk czeka tylko aż będziemy zmęczeni i coś nam z rąk poleci. I poleci, więc się doczeka. Niech jednak tylko się odezwie… Sposoby?

  1. Nadać mu jakieś nie budzące szacunku imię: Fizio, Gburek, Marudek, Smętek, Jęczek.
  2. Wychwycić pojawienie się w chwili katastrofy i powitać z godnością: „Oho, znowu się mój Marudek odezwał.”.
  3. Usadzić: „Dziękuję za tak wnikliwy komentarz, niemniej nie potrzebuję go teraz. Są lepsze sposoby na poradzenie sobie z sytuacją niż łajanie się. Na przykład wyrozumiałość do siebie. Nikt jeszcze ze wstydu nie stał się lepszym człowiekiem. Posiedź se obok, jeśli już musisz tu być albo idź się przejść”.
  4. Westchnąć, posprzątać i robić spokojnie dalej.

Jest też inny sposób. Zaczynać dzień mantrą podczas mycia zębów: „Każdy dzień to szczęście i cierpienie”. A potem dostrzegać: „O… to szczęście”. A potem: „O, cierpienie!”. I iść dalej. Czasem trafia nam się dzień, że cały czas było pięknie i myślimy: „Rany, dziś cały dzień tylko szczęście!”, a potem przed samym łóżkiem nadepniemy na klocek Lego… „O, cierpienie!” zauważamy i już jest, jak trzeba. Jak to mówią – dobrze jest jak jest trochę dobrze i trochę niedobrze. Jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze.



Prezenty w święta

Badania pokazują, że prezenty wolimy dawać, niż dostawać. To ciekawa sprawa. Abraham Maslow nazywał to zjawisko metahedonizmem – że czujemy się szczęśliwsi, jeśli ludzie wokół nas są szczęśliwsi. Z wiekiem zresztą człowiek potrzebuje coraz mniej prezentów, a na pewno nie potrzebuje byle czego spod choinki, bo ani tego potem wyrzucić, ani trzymać na wierzchu. W ogóle zaś podobno nie bogaty ten, kto wiele ma, ale ten, kto niewiele potrzebuje. Zgodnie zresztą z regułą, że szczęście w życiu bierze się z obniżania poprzeczki i zamiany oczekiwań na wdzięczność. Z czasem więc człowiek cieszy się coraz bardziej z tego, że wszyscy się znów mogli spotkać, niż z tego, że dostał komplet noży do zabicia czasu. Najlepszy więc prezent świąteczny to kilka minut dla każdego członka rodziny spędzony na uwadze na to, co mówi. Można pokiwać głową, przytulić albo zapytać o poradę, żeby osoba poczuła się dla nas ważna.

No, ale dobrze. Jednak wszyscy trochę się podchoinkowych prezentów spodziewają. Co tu wiadomo?

Kiedyś prezent gwiazdkowy był symboliczny. Dostawało się książkę lub mały ciuszek: szalik, skarpetki, chustkę. Koniec. Hałda prezentów pod choinką, to wymysł marketingu i karykatura widoku z domów, w których mieszkało wiele osób. Bo kiedyś tak było. Dziś wiemy, że trudno przekonać psychologię, iż rodzic zawalający dziecko prezentami, to rodzic dbający o jego przyszłość. Co więcej, okazuje się, że jeśli kupujemy komuś wielki prezent, a potem dorzucimy stertkę towarzyszących mu mikroprezentów, żeby stanowiły dlań godny orszak – dewaluujemy ten duży. Z czego się to bierze? Choćby z faktu, że szczęście ma tendencję do opadania z każdym kolejnym otwieranym prezentem. Malejący zwrot ze szczęścia obserwujemy jedząc drugiego cukierka, pijąc drugi łyk czegoś pysznego, kolejnego dnia urlopu i tak dalej. Szczęście buduje się przez kontrast: pusty brzuszek i wpadający cukierek zrobi więcej endorfinowego zamieszania, niż drugi cukierek wpadający do żołądka, obok pierwszego. Dobrym sposobem, więc jest na przykład otwieranie sobie jednego prezentu choinkowego dziennie. Jest tu jednak pewna wada.



Magia chwili

Obdarowujący czeka na naszą ekspresję emocji. Prawdopodobnie jednym z najmilszych momentów świąt będzie dla wielu obserwacja zachwytu w oczach odbiorców niespodzianki. Ten moment, teatralne zaskoczenie, radość, przymiarki, oglądanie… Dla wielu znaczy więcej, niż otwieranie własnego prezentu. Warto zachwyt i uśmiech podczas otwierania ćwiczyć zawczasu. Wymienione powody powodują, że otwieranie jednej paczki dziennie poleca się tym, którzy mieszkają ze swoimi darczyńcami i mogą przez kilka dni wołać ich na przedstawienie, żeby pocieszyli się razem z nami.

Jaki prezent wybrać? Nie poleca się wybierania czegoś, co wpasuje się w indywidualne zainteresowania odbiorcy. Jeśli lubi zbierać znaczki, to pewnie sam wie lepiej jakich klaserów używać. Jeśli pasjonuje się bojerami – zakup nowego żagla nie ma sensu, bo on sam wie jaki najlepszy, a taki uszyty własnoręcznie na maszynie pewnie postawi go w niekorzystnej sytuacji. Dobry nawyk: oduczyć się myślenia o zainteresowaniach tej osoby. Oczywiście, chyba, że sama podpowie co konkretnie by chciała, a jej na przykład nie stać: „Jest taki model kozika grzybiarskiego MTX 900, z tytanu i z radarkiem na kanie”. W ogóle pytanie ludzi o to, co chcieliby dostać jest bardzo niedocenianym pomysłem. Niektórzy powiedzą wprost, co chcieli sobie kupić, podając nawet sklep i model, inni zasugerują kategorię: „Coś, co zużyję. Perfumy, świeczki, mydło fajne.”. Prezenty do zużywania nie zajmują miejsca do końca świata.

Oczywiście, pod skórą wolelibyśmy takie prezenty, które będą na widoku. Będą używane i do końca swoich dni, obdarowywany będzie o nas myślał, kiedy oko na nich zawiesi. W takiej sytuacji lepiej już wybierać coś, z kategorii zainteresowań łączących nas z tą osobą. Coś na czym zna się ona, ale i znamy się my. Jesteśmy o wiele lepsi w wybieraniu prezentów dla siebie, niż dla innych i stąd nasza wyobraźnia od razu zaszarżuje. Jeśli lubimy oglądać z kimś seriale, a leżymy sobie razem zawsze wieczorami, to można na przykład kocyk z kieszonką na skostniałe stopki. Albo kubek, z którego się nie rozlewa.



Dziś pytanie, dziś odpowiedź

Przydałoby się jeszcze nie pokłócić. Mamy i tu kilka porad. Po pierwsze traktowanie świąt jako jedynie momentu odpakowywania prezentów, spowoduje, że głównie będziemy na nie czekać, a potem żałować, że już po i znów czekać rok. Bo to króciutki element życia. Warto się skupić na: „jestem tu, jestem teraz, robię to”. Są święta. Kiedyś będziemy je wspominali. Jak to wszystko wygląda? Jak pachnie? Czego dotąd nie widziałem? Co nowego w stosunku do poprzednich świąt jest? Taka uważność przedłuża czas trwania świąt.

Drugi sposób to rozmawianie. Temu święta służą. Najgorsze, co można zrobić, to próbować kogoś do czegoś przekonać. Wszyscy jesteśmy czymś więcej, niż swoimi poglądami. Nie dajmy sobie wmówić, że tak nie jest. Tak jak tego, że jeśli się z kimś nie zgadzamy, to trzeba go nienawidzić. Jeśli ktoś chce się na jakiś temat pokłócić, trenować nie ciągnięcie wątku.

– Co ty tam napisałeś na tym swoim Instagramie o tych, wiesz kim?

– A dlaczego wujek pyta? – Sprawdzamy, czy wujek chce poszerzyć wiedzę, czy pokłócić.

– Bo wiesz co ja o nich myślę – odpowiada wujek i już wiemy co się święci.

– No, wiem. Takie mamy różne poglądy. Ale proszę: jesteśmy rodziną i się kochamy mimo to. Jak się mają wujka karpie, co wujek hoduje? Nie przymarzły?

Ważne, że jeśli ktoś inny zmieni temat na neutralny, na przykład ciocia: „No tak, tak… Ciężko to. A próbował ktoś makowca?”. Natychmiast uczyć się być drugim. Jeśli nie możemy być pierwsi, możemy być drudzy. To równie ważne.

– Makowiec super ciociu! Sama ciocia robiła?

Jeśli damy się podpuścić do dyskusji, uruchamiamy w osobach o innych poglądach program reaktancji. W jednym z badań poproszono zwolenników kary śmierci o przeczytanie tekstu za karą śmierci. Drugim dano tekst przeciwny z ich poglądami. Wynik? Ci, co czytali tekst zgodny ze swoim podejściem, utwierdzili się o trochę. Ci, którym dostarczono tekst z przeciwnymi poglądami – zabunkrowali się w starych poglądach jeszcze bardziej. Nasza praca na święta – nie dać się podpuścić. Co jeszcze można powiedzieć? Kiedy powiedzą nam: „A ty zawsze tak nam perswadowałeś”. Odpowiadamy na przykład: „Czasami czuję jakbym musiał bronić swoich poglądów a jestem po prostu ciekaw i próbuje się w tym odnaleźć, a jako rodzina jesteśmy po jednej stronie i się wszyscy musimy w tym odnaleźć.”. I koniec. Żadnego przekonywania. Bez względu na to jak bardzo wydaje nam się, że oto spłynęła na nas moc i odpowiedzialność za lokalną ewangelizację, nie ma to żadnego sensu, bo będzie nieefektywne. Ewangelizować trzeba racjonalnie. Racjonalność to używanie wiedzy do osiągania celu. A wiedza mówi, że podczas Wigilii perswazja nie działa. Odpowiedzi na trudne pytania także można poćwiczyć wcześniej i to na głos: „A kiedy dzieci?”. „Oj, ciociu… Wszystko w swoim czasie. Ciocia martwi się tak o wszystkich zawsze. A jak zdrowie cioci?”.



Przedłużanie świąt

Mniej prezentów, część potraw zakupiona w sklepie (lokalnym wytwórcom żywności można dać zarobić), to więcej czasu i dla nas. Można go wykorzystać na rozmowę na kanapie. Nie tylko na rozmowę podczas zmywania, czy nakrywania do stołu. Co można robić wspólnie w święta? Może być tak, że każdy przygotowuje jedną dyscyplinę rodzinną i odbywa się Świąteczna Olimpiada. Jest tenis stołowy na stole. Są zagadki. Gra w inteligencję. Turniej warcabów. Tak, żeby każdy mógł się popisać. Zwycięzca może dostać ziemniaczany medal lub puchar z marchewki, albo ostatni kawałek ciasta. Kolejna edycja za rok.

Może być wspólne śpiewanie. Akurat podczas tych świąt jest co śpiewać, nawet jeśli jest to hit George’a Michaela, a wspólne śpiewanie ma poważne podstawy psychologiczne. Obniża ciśnienie, powoduje poczucie wdzięczności, chęci pomocy gronu okolicznemu, empatię, obniża puls, buduje poczucie przynależności społecznej i istotności. Wspólne śpiewanie jest potężnym psychologicznym ładunkiem, nic więc dziwnego, że w wielu duchowych rytuałach zagrzało miejsce. Dobrą zasadą jest przynajmniej raz coś zaintonować wspólnie, ku przerażeniu nastolatków. Z wiekiem docenią.

Każda wspólna aktywność w święta się liczy. Spacer także. Nie tylko to zdrowe, żeby się ruszyć nieco w zimnie, ale jeśli wykonujemy w ciągu dnia różne czynności, to dzień nam się w wyobraźni wydłuża. Tkwienie przez cały dzień w jednym miejscu kondensuje w pamięci czas do jednego okamgnienia: „oj, niedawno było rano i śniadanie… cóż, pora wstać od stołu i iść spać”. Można także podczas spacerów rozmawiać, bo nie chodzi o to, żeby odspacerować czy wygrać w grę, ale jest to pretekst do śmiechów i wygłupów. Na spacer nie trzeba się spieszyć: ile dojdziemy, to dojdziemy, a w przedpokoju sobie gadamy. Podobnie z planszówkami – jeśli dziadek, albo lokalna dzidzia zwalą niechcący planszę w połowie gry w jakieś chińczyki, to nie szkodzi. Przynajmniej będzie co wspominać, jak to wszyscy spotkali się pod stołem w poszukiwaniu pionków.



Rodzinna losowanka w święta

Tu kolejna sprawa. Narracje rodzinne. Jedna z większych psychologicznych bomb. Badano kiedyś czy lepiej opowiadać sobie w domu historie, że kiedyś było dobrze w rodzinie, ale się pogorszyło, czy odwrotnie: „Że byliśmy biedakami, a tera my szlachta”. Okazuje się, że najskuteczniejsze narracje rodzinne, to te falujące. Było dobrze, źle, a potem dobrze. Uspokajają dzieci, pokazują im miejsce w historii, odpowiedzialność, sens wysiłku, kreują zdrowe nastawienie do losu. Pomagają wypracować własny stosunek do niepewności w życiu, a umiejętność zarządzania własnym stosunkiem do niepewności, to kolejne potężne narzędzie budujące w życiu szczęście.

Wobec tego można poprosić innych o ich historie albo zebrać pytania do losowania dla całej rodziny z prośbą o wcześniejsze przygotowanie odpowiedzi. Możliwa jest też gra – losowanka – przy stole, podczas deserów. Jakie pytania można zadawać? Oto kilka przykładów.

Jaki byłeś, przed trzydziestym rokiem życia?

Najlepsze zwierzę jakie miałaś?

Jaki był najtrudniejszy wybór, którego dokonałeś jako rodzic?

Jak żyli ze sobą twoi rodzice?

W którym momencie życia byłaś najszczęśliwsza i dlaczego?

Które wydarzenie w życiu zdefiniowało najbardziej to, jaką osobą jesteś dziś?

Co najbardziej w życiu zbroiłaś i dostałaś karę, a co się upiekło?

Co dziwnego wiesz o swoich dziadkach?

Kim byś chciał być oprócz tego, kim jesteś teraz?

Najwcześniejsze wspomnienie z życia, które masz w głowie?

Komu z całego świata najbardziej chciałabyś podziękować? Można wybrać kogoś, kto już nie żyje.

Co zwykle robisz rano? Jaki masz poranny rytuał?

Jakie jest twoje ulubione jedzenie na śniadanie, obiad i kolację?

Z kim w rodzinie chciałbyś więcej rozmawiać, bo ciągnie cię w jego stronę, a jakoś się nie składa?

Jeśli odczuwają Państwo dreszcz emocji na myśl przed odpowiedzią na tego typu pytania, internet pełen jest propozycji. Można sporządzić listę i losować pytania numerkami, albo bilecikami. Przygotować się wcześniej albo na żywo zaskakiwać. Najczęściej okazuje się, że:

A) nie wiemy zbyt wiele o członkach naszej rodziny,

B) jak już wiemy więcej, to lepiej się z nimi czujemy.



Wspólnych świąt

Z jednej strony dobre święta to takie, które pełnią swoją świąteczną funkcję. Są radością, duchową wyprawą i przebiegają tak spokojnie, że nic się nie dzieje i jest już po. Tego Państwu życzymy.

Z drugiej życzymy szansy na to, by po świętach poczuć się bardziej częścią czegoś większego, niż my sami. Bo przed depresją, wypaleniem, najlepiej chroni poczucie społecznej przynależności. Że znamy otoczenie i ono zna oraz ceni nas. Że się nawzajem chcemy. Że razem coś robimy. Wszyscy. Ci, co nie umieją też. Bo co prawda w małżeństwie podobno „wygrywa” ten, kto pierwszy powie nie potrafię, ale strategia, że jeden ciągle robi i robi się w tym coraz lepszy, a reszta łaskawie zasiada, długoterminowo osłabia więzi. Toteż życzymy Państwu, żebyśmy te święta wszyscy sobie dla siebie zrobili i oddali sobie nawzajem wdzięczność za to, że mamy z kim. Bo to akurat bardzo wiele. Nie wiadomo nawet, czy nie wszystko.