Mamy wbudowaną wielką ciekawość do przewidywania przyszłości. I nie możemy tego z siebie wyplenić. Raz to podglądamy prognozę pogody, by wiedzieć jak się ubrać. Albo znowu oglądamy wypowiedzi ekspertów, którzy podobno wiedzą co się stanie w służbie zdrowia, polityce i ekonomii. Wreszcie trafiamy do wróżek i jasnowidzów, którzy mają abonament w „telewizji z przyszłości” i wyświetlają im się tam podobno nienagrane jeszcze odcinki serialu z nami w rolach głównych. Rzut oka na przyszłość zawsze w cenie. Bo jak już będziemy wiedzieli, co nam się przytrafi, to będziemy mogli się nad tym zastanawiać.



Mania rozkminiania

Jak mówi stara prawda: „żeby się samorealizować, trzeba najpierw przeżyć”, więc zaglądanie w przyszłość chyżo kiełkuje w zamartwianie się. Pewnie, możemy z rodziną pomarzyć: „będzie fajnie na urlopie, sobie pochodzimy po plaży i upaprzemy się bitką śmietką”, ale i tak więcej kalorii spalimy na: „weź te leki na rozwolnienie, bo pamiętasz jak raz byłeś chory i prawie nam tam zszedłeś”, „olejek weź, żeby skóra ci nie zlazła”, „pewnie chłopiec, no nie zazdroszczę w waszej rodzinie wszyscy chłopcy to jednak koły”, „mamie się nie spodoba ten kolor”… i tak dalej. Umysł ma tendencję do takiego jakby latania na gumce. Nie chce się trzymać tu i teraz. Chętnie wylatuje z czaszki i leci daleko w przód: „wiem, co powiem szefowej”, „jak wejdę do domu, to najpierw tak sobie klapnę”, „jak będę duży, będę pilotem i to bogatym, ale na pewno nie politykiem”. Większość takich wypraw na gumce w przód niczego nie daje, a wysiłek kompletnie idzie w piach. Przyszłość w ogóle tak nie wygląda, jest raczej zakresem, a nie konkretnym punktem, wokół którego kręcą się nasze myśli, zapominamy, zmieniamy zdanie w ostatniej chwili i pod wpływem chwili. Trafność najlepszych ekonomistów wynosi podobno mniej niż 8%. Trafność prognozy pogody na trzy dni do przodu wynosi już mniej niż 30%.


Zakotwiczenie w przeszłości

Podobnie z przeszłością, bo przecież umysł produkuje także alternatywne wersje tego, co „mogliśmy zrobić”. Na przykład na schodach po wyjściu od (baczność!) prezesa (spocznij!), przychodzi nam na myśl: „Aaaale… Mogłem mu powiedzieć, że… Dopiero by przysiadł!”. Najbardziej denerwują nas sytuacje, w których „mało brakowało”. Jeśli spóźnimy się na samolot 5 minut denerwujemy się bardziej niż wtedy, kiedy spóźnimy się 30 minut. A przecież w przypadku samolotów i pociągów powiedzonko „lepiej późno niż wcale” sprawdza się raczej tak sobie. I znów wymyślamy co mogliśmy zrobić, co mogliśmy jej powiedzieć, żeby szybciej nas wypuściła… Większość to znów para w gwizdek, bo jak pokazują badania: „najlepszym wskaźnikiem tego, jak się ktoś zachowa, jest to jak zachował się poprzednio”. Czyli niewiele nowego z naszych rozkminek wynika. I dlatego też doświadczone dziewczyny uważnie obserwują chłopaków na randkach i mądre regułą poznaną w Czerwonym Kapturku głuche są na to, co chłopak mówi, a wzrok wytężają, kiedy znajdzie się w kłopocie: czy zaradny, czy zwala na innych, czy agresywny, w jakim kierunku, czy uważny na mnie, kiedy smutny.

A wracając – nie jesteśmy tacy znów chętni do zmieniania zachowania, a najczęściej w emocjach, kierowani doświadczonym autopilotem wpadamy znów na znane tory. Ciasne, ale własne.


Matrix rzeczywistości

Oczywiście umysł jest narzędziem do wypatrywania w świecie wzorców. Czyli wydarzeń, które od siebie zależą. I jest w tym tak zapamiętały, że wynajduje je nawet tam, gdzie ich nie ma. W latach siedemdziesiątych przeprowadzono serię badań, podczas których uczestnicy mieli wciskać włącznik światła i ocenić jaka jest zależność reagowania żarówki na włącznik (bo żarówka nie chciała się włączyć za każdym razem). Systemu nie było żadnego. Żarówka włączała się losowo, ale badani zawsze mieli jakąś koncepcję. Tylko jedna grupa badanych nie nabierała się na ten numer: osoby klinicznie leczone na depresję. One dość szybko stwierdzały, że między ich działaniem, a skutkiem nie ma korelacji. Pojawiła się wtedy (obalona później niechętnie) nęcąca teza, że osoby z depresją są prawdziwymi realistami na świecie.

Niestety wiemy, że zamartwianie się ma więcej minusów, niż plusów. Po pierwsze zamartwiając się, męczymy się dwa razy. Raz, kiedy przewidujemy katastrofę i drugi raz, kiedy katastrofa się przydarzy. Człowiek jednak najlepszy jest w reagowaniu jak już coś się stanie, tu i teraz, choćby dlatego, że wiele mechanizmów w naszym ciele spina się do działania. Martwienie się na zapas tylko sprawia wrażenie, że energetyzuje. Że w końcu tak się przejmiemy, że pokrywka garnka wybuchnie i wszystko ogarniemy. Niestety, jak pokazują badania, raczej wysysa energię. Pod tym garnkiem nie ma ognia. W końcu nadal zmartwieni i dodatkowo zmęczeni padamy na łóżko, twierdząc, że jesteśmy w takim stanie, iż trzeba się nami opiekować. Może to zresztą i jakiś profit, a więc strategia na życie.


Zarządzanie uwagą

Wiemy już więc, że kierują nami nasze przewidywania tego, co w przyszłości i interpretacje tego, co było, choć jest tego wszystkiego tak wiele, że większość na nic się nie zdaje. Dodajmy jeszcze jeden element. Kieruje nami to, co na zewnątrz. W jednym z badań do nieświadomych uczestników na ulicy podchodziła dziewczyna i pytała o drogę. Chwilę potem podchodziła druga i prosiła o pomoc w odzyskaniu telefonu, który zabrała jej grupa przygarbionych na rogu ulicy młodych, wysportowanych mężczyzn. Misja rodem z bajki. Księżniczka wysyła rycerza, by zabił smoka. W badaniu tym można było doprowadzić do sytuacji, w której dwukrotnie więcej rycerzy zaszarżuje z kopią. Wystarczyło, by pierwsza pytająca dziewczyna, próbowała dotrzeć na Valentine Street. Samo sformułowanie „Valentine” uruchamia w nas swego rodzaju romantyczne nastawienie i powoduje, że dwa razy więcej chłopaków chce ryzykować własną integralność fizyczną. Podobnie z uzyskiwaniem telefonu od przygodnie poznanych dziewczyn: chętniej podają telefon zaczepione przy… kwiaciarni. Żadna z osób, zapytana potem o okoliczności nie pamiętała tego, co zadziało się tuż przed zdarzeniem. Profesor Cialdini mówi dosadnie: „Ten, kto kieruje naszą uwagą, kieruje tym, kim jesteśmy”.

 


Trening uważności

Sam już ten przykład wystarczyć powinien do konkluzji. Uważność popłaca. Uważność przywraca nas z cudzej agendy i bycia kimś, kto realizuje cudzy plan, do refleksji czy chcę to robić. Czasem tak, a czasem nie. Nierzadko myślimy: „Zaraz porobię to, co mam do zrobienia, ale najpierw zobaczę wiadomości”. Niestety – już w tej chwili możemy wiedzieć, że po lekturze wiadomości będziemy zupełnie innymi ludźmi. Zwykle poirytowanymi, przestraszonymi, wściekłymi na polityków, celebrytów, dentystów, strażaków, imigrantów, kapłanów. Oczywiście nie znaczy, że mamy się niczym nie interesować, ale zakładanie, że oburzony obywatel to odpowiedzialny obywatel także jest na wyrost. Tak jak uznanie, że muszę codziennie kłaść się spać z wiedzą o tym, co powiedział każdy z polityków i mając na ten temat wyrobione zdanie.

Po „niewinnej lekturze” mediów społecznościowych jesteśmy bardziej chętnymi wydać pieniądze, bo ktoś coś kupił i było fajne. Jesteśmy także konsumentami rozjuszonymi, że „Polak Polakowi”, że we własnej rodzinie… Że to wszystko może być spisek. Każdy, kto interesuje się zresztą teoriami spiskowymi wie, że poznanie ich wcale nie uspokaja, a denerwuje jeszcze bardziej. Czytamy więc więcej teorii spiskowych. Ot, cudza agenda.

Skupienie na tym, co pewne i praca nad kontrolą uwagi daje wielką przewagę. Nie myślimy o tym na co dzień. W ogóle nie myślimy nad tym, że mentalnie cokolwiek można ćwiczyć. Łatwiej dostrzegamy bowiem własne ograniczenia fizyczne. Że trzeba ćwiczyć, by coś podnieść, podbiec szybciej, a czasem potrzebujemy narzędzi, by coś dokręcić. Trudno nam pojąć, że to samo dotyczy mentalnej sfery. Że i tu trzeba ćwiczyć, a niektóre „ciężary”, to po prostu za dużo i nie ma co próbować ich podnosić. Choćby trosk całego świata, wszystkich wiadomości i nadmiernego „przewidywactwa”.


Sztuka skupienia

Uważność daje nam szansę ciągłego wracania do tego, co pewne. Twardej podłogi, fotela, dłoni, które mamy. Ludzi wokół siebie. Żołnierze jednostek specjalnych przywracają się metodą WSWSC, czyli „Widzę, Słyszę, Wącham, Smakuję, Czuję na skórze” – przebiegają przez zmysły szukając trzech doświadczeń z każdego, by w stresie przywrócić się chwili. Każdy urlopowicz wie, że człowiek jest tam, gdzie jego głowa, a nie, gdzie pupa, toteż im szybciej wejdzie nam w nawyk zadawanie sobie pytania: co naprawdę dzieje się teraz, co mam teraz do zrobienia, co jak teraz porobię będę zadowolony, co jem, co słyszę, co mam przed oczami, życie nie tylko wyda się, ale i zrobi bardziej kontrolowalne, a przez to rozsądne. Cudze agendy, próbujące najczęściej zrobić z nas po prostu konsumentów doskonałych, wciąż będą wysyłały nasze głowy w podróż mentalną ku nieprawdziwemu, przesadzonemu i zalewały propozycją masy wyborów, których nie musimy podejmować. Realizując cudzą agendę wciąż nie mamy tego, co trzeba, nie robimy tego, co trzeba, nie jesteśmy tam, gdzie trzeba i nie mamy takich jak trzeba rozmiarów ciała. Gdyż jak powiedział Richard Thaler, laureat nagrody Nobla z dziedziny ekonomii: „zawsze zarobisz więcej wykorzystując ludzką nieracjonalność niż wzmacniając racjonalność”. Praktykowanie więc łapania na lasso naszych rozbrykanych cielaków myśli i ściąganie ich do tu i teraz wygląda na wspaniałą praktykę do codziennego treningu w czasach rozbisurmanionych stad. Czego i państwu życzymy, zdając sobie sprawę, że popełniamy błąd nie próbując zarabiać na nieracjonalności…


Miłosz w czasach zarazy” – to cykl wpisów, których intencją jest oswajać to, co nieznane, zachęcać do gimnastyki intelektualnej, wywoływać uśmiech na twarzy, trenować uważność.